Sekret weneckiego lustra

Sekret weneckiego lustra

Przez wieki patrzenie w lustro przypominało patrzenie w kałużę. Wenecjanie to zmienili — a za ich sekret ginęli ludzie.

Ludwik XIV kochał trzy rzeczy: wojnę, balet i własne odbicie. Dwie pierwsze pasje kosztowały Francję fortunę. Trzecia — o mało nie wywołała wojny z Wenecją.

Żeby zrozumieć dlaczego, trzeba sięgnąć po pewien wenecki dokument, który brzmi jak instrukcja morderstwa. Statut przewiduje, że jeśli hutnik wywiezie swoje rzemiosło za granicę i nie wróci na wezwanie, państwo uwięzi jego najbliższą rodzinę. A jeśli i to nie poskutkuje — „wyśle się emisariusza, by go zabił, a po jego śmierci krewni zostaną uwolnieni”. Zdanie sformułowane spokojnie, urzędowo, z troską o porządek proceduralny: najpierw więzienie bliskich, potem nóż, na końcu akt łaski.

Przedmiotem, którego strzegł ten paragraf, nie była broń ani szyfr dyplomatyczny. Było nim lustro.

Galeria Zwierciadlana, Pałac Wersalski. Fot. Myrabella / Wikimedia Commons, CC BY-SA 3.0

Złota klatka

Wszystko zaczęło się od pożarów. W 1291 roku Republika Wenecka nakazała przenieść wszystkie piece hutnicze z miasta na pobliską wyspę Murano — oficjalnie dlatego, że huty regularnie podpalały drewnianą, ciasno zabudowaną Wenecję. Historycy są jednak dość zgodni, że władzom chodziło o coś więcej: zgromadzenie wszystkich ludzi znających sekrety rzemiosła w jednym, łatwym do upilnowania miejscu. Trudno o wygodniejsze więzienie niż wyspa.

Murano na słynnym drzeworycie Jacopa de’ Barbari „Widok Wenecji z lotu ptaka” (ok. 1500), Museo Correr, Wenecja. Fot. Sailko / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0

Wyspa Murano z lotu ptaka; na pierwszym planie wyspa-cmentarz San Michele (2020). Fot. Kasa Fue / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0

Bo Murano było więzieniem — tyle że urządzonym z niezwykłym wyczuciem. Republika doskonale rozumiała, że ludzi, od których zależy jej bogactwo, nie można trzymać wyłącznie strachem. Hutnicy otrzymali więc przywileje, o jakich rzemieślnicy w reszcie Europy nie mogli nawet marzyć: prawo noszenia miecza, immunitet chroniący przed pospolitym wymiarem sprawiedliwości, zwolnienia podatkowe. Ich córki mogły wychodzić za weneckich patrycjuszy — a to w społeczeństwie tak obsesyjnie pilnującym granic stanowych było przywilejem niemal niepojętym. Syn hutnika dziedziczył fach razem z rodzinnymi recepturami, przekazywanymi z ojca na syna niczym rodowe srebra.

Była tylko jedna cena: z wyspy nie wolno było wyjechać. Hutnikom zakazano emigracji i kontaktów z zagranicą, a tego, kto próbował zbiec, „straszliwy trybunał” Republiki ścigał jako zdrajcę ojczyzny — z konfiskatą majątku i represjami wobec całej rodziny, która stawała się w praktyce zakładnikiem państwa. Mechanizm znamy już z otwarcia tego tekstu: najpierw więzienie dla najbliższych, potem emisariusz ze sztyletem.

I nie były to czcze pogróżki. W 1547 roku dwaj weneccy hutnicy, którzy przyjęli zaproszenie na dwór niemiecki, zostali odnalezieni martwi. W 1589 roku niejaki Antonio Obizzo, który dołączył do huty w Antwerpii, został zaocznie skazany na galery, a za jego schwytanie wyznaczono nagrodę — płatną z majątku skazanego.

A jednak system działał w obie strony. Przez trzy stulecia ta mieszanka luksusu i terroru okazała się zaskakująco skuteczna: sekrety zostawały na wyspie, a Murano bogaciło Wenecję jak żadna inna gałąź jej przemysłu. Zamknięci na kilku kilometrach kwadratowych mistrzowie nie mieli zresztą wiele innych zajęć poza doskonaleniem rzemiosła i podglądaniem konkurencji zza sąsiedniego pieca. Złota klatka stała się, wbrew intencjom, najlepszym laboratorium Europy.

Czego strzeżono

Warto na chwilę zatrzymać się przy pytaniu, czego właściwie tak zazdrośnie strzeżono. Bo lustra istniały przecież od starożytności — tyle że przez większość historii patrzenie w lustro przypominało patrzenie w kałużę. Polerowany brąz i srebro dawały odbicie ciemne i mętne. Średniowieczne lusterka ze szkła podlanego ołowiem były maleńkie, wypukłe i zniekształcały twarz jak krzywe zwierciadło w wesołym miasteczku — to właśnie takie lustro wisi na ścianie w słynnym portrecie małżonków Arnolfinich van Eycka. Kto chciał zobaczyć siebie naprawdę, po prostu nie miał jak.

Jan van Eyck, „Portret małżonków Arnolfinich” (1434), National Gallery w Londynie. Domena publiczna.

Wypukłe lustro na drugim planie „Portretu Arnolfinich” — detal. Takie zniekształcające lusterka były w XV wieku szczytem dostępnej technologii. Domena publiczna.

Wenecjanie rozwiązali ten problem w dwóch krokach. Pierwszym było samo szkło: około połowy XV wieku na Murano opracowano cristallo — pierwsze w Europie szkło naprawdę bezbarwne i przejrzyste, nazwane tak, bo przypominało kryształ górski. Całe wcześniejsze szkło miało zielonkawy lub żółtawy odcień od zanieczyszczeń; cristallo było czyste jak woda. Drugim krokiem była powierzchnia odbijająca: zamiast ołowiu Wenecjanie zaczęli pokrywać taflę amalgamatem cyny i rtęci, nakładanym na płaskie, cienko dmuchane szkło. Połączenie tych dwóch technologii dało efekt, jakiego Europa nigdy wcześniej nie widziała: duże, płaskie, jasne lustro, które po raz pierwszy w historii pokazywało człowiekowi jego wierne odbicie.

Współcześni pisali o tym wynalazku tonem, jakim opisuje się cuda: „rzecz bosko piękna, czysta i nieskazitelna”. I trudno się dziwić — dla ludzi, którzy całe życie oglądali siebie w ciemnym, zniekształconym kawałku metalu, spojrzenie w weneckie lustro musiało być doświadczeniem niemal metafizycznym. Zobaczyć siebie ostro, w naturalnych proporcjach i kolorach: dziś to banał, wtedy — cud, którego cena mierzyła się w ludzkich losach.

Weneckie lustro w rzeźbionej, złoconej ramie, początek XVIII w. The Metropolitan Museum of Art, Nowy Jork (domena publiczna).

Lustro w ramie z grawerowanego szkła (verre églomisé), ok. 1690. The Metropolitan Museum of Art, Nowy Jork (domena publiczna).

Lustro w typie weneckim, przypisywane XVII wiekowi, z dekoracją w stylu chinoiserie — rama złożona z wielu rytowanych lustrzanych elementów, z widoczną patyną i ciemnymi plamami utlenionej rtęci. Museo del Carmen de Maipú, Santiago, Chile. Fot. Jorge Barrios / Wikimedia Commons, CC BY-SA 3.0

Gorączka luster

W połowie XVII wieku Francję ogarnęła prawdziwa gorączka luster. Lustro przestało być podręcznym przedmiotem toaletowym, a stało się dekoracją ścienną — i to dekoracją najwyższej rangi, eksponowaną dokładnie tak jak malarstwo. Kiedy księżna de Longueville wydawała przyjęcie, salon zdobiło pięćdziesiąt weneckich luster zawieszonych jedno przy drugim. Ludwik XIV kazał wyłożyć pokój swojej metresy, Louise de La Vallière, stu czterdziestoma czterema lustrami — każde w kosztownej oprawie. Sam król był klientem nienasyconym: w jednym tylko 1665 roku kupił u Wenecjan luster za kilka tysięcy liwrów.

Problem w tym, że każde z tych luster trzeba było sprowadzić z Wenecji — i zapłacić tyle, ile Wenecja sobie zażyczyła. A życzyła sobie krocie: duże weneckie lustro w bogatej oprawie potrafiło kosztować tyle, co obraz uznanego mistrza, a porównywano je nawet z ceną niewielkiego okrętu. W samym 1665 roku przez francuskie komory celne przeszło ponad dwieście skrzyń weneckich luster. Królestwo wydawało na nie co najmniej sto tysięcy écus rocznie — a na weneckie koronki, nawiasem mówiąc, trzy razy tyle. Dla Colberta, ministra finansów zmagającego się z chronicznym niedoborem kruszcu, był to krwotok w samym środku skarbu państwa: francuskie złoto płynęło szerokim strumieniem do kasy konkurencyjnego mocarstwa, finansując cudzy przemysł i cudzą flotę.

Colbert był ekonomistą z żelazną konsekwencją: skoro Francja nie może przestać kupować luksusu, luksus musi powstawać we Francji. Dotychczasowe próby — a było ich w ciągu stulecia kilkanaście, od królewskich przywilejów dla włoskich hutników po eksperymenty w prowincjonalnych hutach — kończyły się niczym, bo rozproszone, niedofinansowane warsztaty nie miały szans z weneckim monopolem. Colbert wyciągnął z tego wniosek radykalny: anulować wszystkie drobne przywileje i skupić siły w jednym przedsiębiorstwie państwowym, wzorowanym na założonej trzy lata wcześniej królewskiej manufakturze mebli i gobelinów.

Jean-Baptiste Colbert, portret pędzla Claude’a Lefèbvre’a (1666). Domena publiczna. (To właśnie w 1666 roku z manufaktury Colberta wyszło pierwsze lustro bez skazy.)

W październiku 1665 roku Ludwik XIV podpisał przywilej powołujący Królewską Manufakturę Luster. Dokument zaczyna się od zdania o niemal poetyckiej biurokratycznej elegancji: skoro pokój przynosi królestwu „wielki spokój”, władca zamierza poświęcić swą troskę wszystkiemu, co może mu przynieść „nie tylko obfitość, lecz także ozdobę i upiększenie”. Za tą dworską frazą krył się program gospodarczy — i coś jeszcze: dyskretne przyznanie, że do jego realizacji „zaproszono, poprzez nasze dobrodziejstwa, cudzoziemców”.

Cudzoziemców. W tym jednym słowie mieściła się cała operacja, którą dziś nazwalibyśmy bez wahania szpiegostwem przemysłowym — i która w Wenecji była zbrodnią karaną śmiercią.

Powieść szpiegowska

O tym, co wydarzyło się między Wenecją a Paryżem w latach 1664–1667, wiemy nie z legend, lecz z dokumentów. Pod koniec XIX wieku archiwista Elphège Frémy przekopał się przez weneckie archiwa dyplomatyczne — kilkadziesiąt depesz i listów wymienianych między Republiką a jej ambasadorami we Francji — i odtworzył z nich krok po kroku historię, którą sam nazwał powieścią szpiegowską. Trudno o lepsze określenie.

Zaczęło się w 1664 roku, gdy ambasador Francji w Wenecji, Pierre de Bonzi — biskup Béziers ze starej florenckiej rodziny — otrzymał od Colberta misję dyskretnego zwerbowania mistrzów z Murano. Odpowiedź ambasadora była trzeźwa: donosił ministrowi, że przepisy chroniące weneckich hutników są tak drakońskie, iż temu, kto zaproponowałby im wyjazd do Francji, grozi „wrzucenie do morza”. Po czym — dla dobra królestwa — podjął się zadania. Plan miał dwa etapy: najpierw wytypować rzemieślników podatnych na francuskie złoto, potem przerzucić ich pod eskortą do Paryża, tak by nie dowiedziała się o tym Rada Dziesięciu.

Do samego Murano Bonzi wysłał człowieka, który nie budził podejrzeń: sprytnego handlarza starzyzną. Po trzech miesiącach pośrednik doniósł, że znalazł chętnych. Latem 1665 roku trzej mistrzowie kryształu — La Motta, Pietro Rigo i Zuane Dandolo — dotarli bez przeszkód do Paryża i zaczęli stawiać pierwsze piece. Wenecja odkryła ucieczkę zbyt późno: rewizja w domu pośrednika przyniosła wprawdzie kompromitujące liściki, ale zbiegowie byli już poza zasięgiem.

Druga wyprawa miała dramaturgię gotowego scenariusza filmowego. Grupą dowodził Antonio della Rivetta, a ewakuację przyspieszyło podsłuchane w gondoli zdanie — dwóch Wenecjan rozmawiało o przybyszu „takiego a takiego wyglądu”, który kręci się po mieście, by przekupywać hutników, i o tym, że trzeba zawiadomić władze. Uciekano nocą: o czwartej nad ranem, po pożegnaniu z rodzinami, mężczyźni wsiedli do łodzi; o świcie byli w Ferrarze, skąd karety powiozły ich przez Turyn do Lyonu. Tam czekała niespodzianka — ktoś zdążył zaoferować im dwa tysiące pistoli za pozostanie w mieście. Doszło niemal do bójki; czterech zawróciło, reszta dotarła do Paryża.

Wnętrze królewskiej manufaktury: rozżarzony piec i obsługujący go robotnicy. Produkcja luster wymagała pieców utrzymywanych w ciągłym ogniu — ich wygaszenie oznaczało ogromne straty. Tablica z „Encyklopedii” Diderota i d’Alemberta (ok. 1765). Domena publiczna.

Colbert płacił po królewsku. Della Rivetta, na którego talencie wszystko się opierało, otrzymał roczną pensję tysiąca dwustu liwrów, jego najbliżsi towarzysze po osiemset — dla porównania przywołuje się często pensje ówczesnych gwiazd literatury: Molier dostawał tysiąc, Racine sześćset. Jesienią 1665 roku manufaktura na przedmieściu Saint-Antoine ruszyła z dwudziestoosobową włoską ekipą, a 22 lutego 1666 roku wyszło z niej pierwsze lustro bez skazy. Dyrektor Dunoyer posłał je Colbertowi jak trofeum. W kwietniu do manufaktury zjechał sam Ludwik XIV z dworem: oglądał, jak na jego oczach dmucha się, poleruje i pokrywa amalgamatem taflę, zadawał pytania, a na odchodne zostawił robotnikom sowity napiwek.

Wenecja tymczasem nie zamierzała odpuścić — tyle że działała po cichu. Jej ambasadorowie w Paryżu otrzymali proste instrukcje: wszelkimi środkami sabotować manufakturę. W ruch poszły groźby, obietnice amnestii, plotki (rozpuszczano na przykład wieść, że francuskie lustra pękają od mrozu i ciepła) — oraz fałszywki. Kiedy Colbert, chcąc przywiązać Włochów do Francji, zaczął sprowadzać ich żony z Murano, wenecka policja przechwyciła korespondencję i sfabrykowała odpowiedzi: żony jakoby odmawiały wyjazdu i wzywały mężów do powrotu. Podstawiony lokaj ambasadora osobiście zaniósł listy na rue de Reuilly i obserwował miny czytających. Fortel spalił na panewce — hutnicy zauważyli, że listy napisała „osoba o wiedzy i inteligencji przewyższającej” ich żony, i nie dali im wiary.

Sama operacja przerzutu żon to osobna perełka. Latem 1666 roku wenecka policja, uprzedzona o francuskich wysłannikach, przeprowadziła rewizję w domach hutniczych małżonek — i zastała obraz pełen rezygnacji: kobiety cierpliwie czekające na mężów, jedna złożona ciężką chorobą w łóżku, inna wręczająca inkwizytorowi błagalną suplikę o powrót małżonka do „gniazda”. Kilka dni później kontrolerzy wrócili — i osłupieli. Gniazdo było puste. Chore ozdrowiały nagle wszystkie naraz i razem z francuskim wysłannikiem miały już zbyt dużą przewagę, by je dogonić.

Nie znaczy to, że w Paryżu panowała sielanka. Rozpuszczeni królewskimi względami hutnicy — zakwaterowani, żywieni i suto opłacani — szybko zyskali opinię trudnych: przyjmowali w kwaterach „niezbyt płochliwe” paryżanki, mnożyli żądania i pilnie strzegli swojej wiedzy, nie dopuszczając francuskich robotników do pieców. Włoska kolonia podzieliła się przy tym na dwa zwalczające się obozy — La Motta nie mógł znieść sukcesów Rivetty — a agenci Wenecji skwapliwie dolewali oliwy do ognia. Rywalizacja skończyła się strzelaniną: obie frakcje były uzbrojone w arkebuzy, padł strzał, La Motta został ranny w ramię i musiała interweniować gwardia królewska. Manufaktura stanęła na kilka dni, a piece — których nie wolno było wygasić — pochłaniały tymczasem majątek.

A potem zaczęły się zgony. Na początku stycznia 1667 roku nagle zmarł pierwszy z mistrzów — ten, bez którego nie dało się przygotować masy szklanej. 25 stycznia śmierć zabrała drugiego, Domenica Morassego. Dunoyer zażądał autopsji; podejrzenie, że za obiema śmierciami stoi ręka Najjaśniejszej Republiki, nasuwało się samo — choć trzeba uczciwie dodać, że dowodu nie znaleziono do dziś. W tym samym czasie na Murano inkwizytorzy zamknęli w słynnym więzieniu Piombi czterech hutników podejrzanych o zamiar emigracji. Przekaz był czytelny po obu stronach Alp.

I okazał się skuteczny. Przerażeni Włosi uznali, że żadne pensje nie są warte życia. Ambasador Wenecji, mieszając groźby z obietnicą amnestii, dopiął swego: w kwietniu 1667 roku della Rivetta z najbliższymi towarzyszami opuścił Francję. Wenecja, trzeba przyznać, słowa dotrzymała — nikt ich nie tknął. Za to koledzy z Murano zgotowali „zdrajcom” życie tak nieznośne, że ci musieli szukać ochrony u samej Rady Dziesięciu. Gorzki epilog dopisał Colbert: gdy trzy lata później ci sami mistrzowie poprosili o ponowne przyjęcie do Paryża, minister odmówił sucho — narobili tyle kłopotów i okazali „tyle złośliwości”, że nie widzi korzyści w ich powrocie.

Bo Francja przestała ich potrzebować. Metodą prób i błędów, na bazie własnych eksperymentów — w tym doświadczeń normandzkiej huty w Tourlaville — manufaktura około 1670 roku zaczęła osiągać wyniki, które wkrótce prześcignęły wenecki wzorzec. Najlepszym świadectwem tej zmiany jest depesza włoskiego ambasadora z 1680 roku, skarżącego się swojemu rządowi, że ma „oczy mokre od łez”, patrząc, jak przemysł, który opatrzność i natura tak szczodrze powierzyły Wenecji, przenosi się do Francji „wspierany przez bezkarną niegodziwość niektórych naszych współobywateli”. Monopol, strzeżony przez czterysta lat sztyletem i statutem, właśnie przestał istnieć.

Odbicie w Wersalu

Finał tej historii można dziś obejrzeć na własne oczy — i ogląda go co roku kilka milionów turystów, przeważnie nie wiedząc, na co patrzy. Galeria Zwierciadlana w Wersalu, zaprojektowana przez Jules’a Hardouin-Mansarta i budowana w latach 1678–1684, była pomyślana jako manifest: siedemdziesiąt trzy metry sali, w której siedemnastu wielkim oknom wychodzącym na ogrody odpowiada siedemnaście lustrzanych arkad na przeciwległej ścianie. Łącznie trzysta pięćdziesiąt siedem luster — bo każda „tafla”, którą widzi zwiedzający, składa się w rzeczywistości z dwudziestu jeden mniejszych, precyzyjnie spasowanych paneli. Technologia nie pozwalała jeszcze na tafle tej wielkości w jednym kawałku; iluzję jednolitej, świetlistej ściany osiągnięto rzemieślniczą perfekcją łączeń.

Galeria Zwierciadlana w Wersalu — detal lustrzanych arkad. Każda „tafla” składa się w istocie z wielu mniejszych luster spasowanych w jedną świetlistą ścianę. Fot. Coyau / Wikimedia Commons, CC BY-SA 3.0

Sekret, który złamał wenecki monopol: zamiast dmuchać taflę, Francuzi wylewali roztopione szkło wprost na wielki stół i rozprowadzali je wałkiem — dzięki czemu produkowali lustra o rozmiarach nieosiągalnych dla Murano. Tablica z „Encyklopedii” Diderota i d’Alemberta (ok. 1765), rys. Louis-Jacques Goussier. Domena publiczna.

Kiedy w 1682 roku galerię udostępniono dworowi, kronikarze prześcigali się w zachwytach. „Mercure galant” pisał o pałacu radości, który oczarowuje „wzrok, słuch, smak, a nawet powonienie”, o „olśniewającym spiętrzeniu bogactw i świateł, tysiąckrotnie zwielokrotnionych w tyluż lustrach”. W sali oświetlonej tysiącami świec dwór mógł wreszcie przeglądać się w całości — od klejnotów we włosach po sprzączki u trzewików. Trudno o trafniejszy symbol epoki Króla Słońce: architektura, której głównym tematem jest odbicie własnej wspaniałości.

Ale prawdziwy przekaz galerii był polityczny i gospodarczy — i każdy ówczesny dyplomata odczytywał go bez trudu. Wszystkie te lustra powstały we Francji. Sala, która jeszcze dwadzieścia lat wcześniej musiałaby być wyłożona weneckim szkłem za bajońskie sumy, stała się witryną rodzimej manufaktury — dowodem, że Francja nie tylko dogoniła Wenecję, ale właśnie ją prześcignęła. To tu, obok jedwabiów z Lyonu i gobelinów z paryskich warsztatów, narodziło się coś, co znamy do dziś: francuski przemysł luksusowy jako narzędzie prestiżu państwa.

Co więcej, Francuzi wkrótce przestali nawet naśladować weneckie metody. Pod koniec stulecia opracowali technikę odlewania szkła na płaskich stołach — zamiast dmuchania — która pozwoliła produkować tafle o rozmiarach dla Murano nieosiągalnych. Uczniowie nie tylko okradli mistrzów; wymyślili rzecz od nowa.

Manufaktura, od której wszystko się zaczęło, istnieje do dziś. Po przenosinach produkcji do miejscowości Saint-Gobain w Pikardii przyjęła jej nazwę — i pod tą nazwą, jako jeden z największych koncernów materiałów budowlanych świata, działa nieprzerwanie od ponad trzystu pięćdziesięciu lat. Szklana piramida Luwru? To też ich szkło. Historia zatoczyła koło: firma powołana po to, by ukraść Wenecji sekret przejrzystości, do dziś szkli najsłynniejsze budowle świata.

Lustro spowszedniało nam tak bardzo, że trudno dziś uwierzyć w świat, w którym było skarbem. A jednak ślady tamtej epoki nosimy w nawykach do dziś — choćby w odruchu wieszania lustra naprzeciw okna. Ten gest narodził się w czasach, gdy tafla szkła kosztowała majątek i musiała pracować: podwajać światło świec, poszerzać przestrzeń, wpuszczać do wnętrza drugi ogród zza okna. Galeria Zwierciadlana jest właśnie tym — jednym wielkim oknem odbitym w drugiej ścianie. Kiedy powtarzamy ten zabieg we współczesnym mieszkaniu, cytujemy, zwykle nieświadomie, siedemnastowieczny Wersal.

Warto też pamiętać, że przedmioty, które dziś nazywamy „lustrami weneckimi” — te z trawionymi, rytowanymi ramami z lustrzanych elementów — to w większości dziewiętnastowieczne wnuki tamtej historii, produkowane na Murano po tym, jak wyspa podniosła się z upadku. Prawdziwa stawka tej opowieści nie leży zresztą w konkretnym przedmiocie, lecz w tym, co mówi ona o naturze luksusu: że jego wartość nigdy nie bierze się z samego materiału, tylko z wiedzy, której inni nie mają. Wenecja rozumiała to na tyle dobrze, że była gotowa zabijać. Francja — na tyle dobrze, że była gotowa kraść.

A sam sekret? Rozpłynął się, jak wszystkie sekrety. Dziś taflę lustra produkuje się w kilka minut, metodami, przy których amalgamat cyny i rtęci wygląda jak alchemia. Z całej tej historii został dokument brzmiący jak instrukcja morderstwa, siedemdziesiąt trzy metry lśniącej sali pod Paryżem — i przedmiot, w który patrzymy codziennie, nie widząc w nim zupełnie nic nadzwyczajnego.

Bibliografia

  • Sabine Melchior-Bonnet, Histoire du miroir, przedmowa Jean Delumeau, Éditions Imago, Paryż 1994.
  • W. Patrick McCray, Glassmaking in Renaissance Venice: The Fragile Craft, Ashgate, Aldershot 1999.
  • Marie de Laubier, Saint-Gobain 1665–2015. Le passé du futur, przedmowa Pierre-André de Chalendar, Albin Michel, Paryż 2015.

Cytaty ze źródeł francuskich w tłumaczeniu własnym za: S. Melchior-Bonnet, dz. cyt. Historia operacji werbunkowej Colberta zrekonstruowana na podstawie weneckich depesz dyplomatycznych opracowanych przez Elphège’a Frémy’ego (Archivio di Stato, Wenecja), cyt. za: tamże.

Literatura uzupełniająca

  • Sabine Melchior-Bonnet, The Mirror: A History, tłum. Katharine H. Jewett, Routledge, Nowy Jork 2001 — angielskie wydanie książki będącej podstawą tego tekstu.
  • Mark Pendergrast, Mirror Mirror: A History of the Human Love Affair with Reflection, Basic Books, Nowy Jork 2003 — popularnonaukowa historia lustra od starożytności po współczesność.
  • Warren C. Scoville, Capitalism and French Glassmaking, 1640–1789, University of California Press, Berkeley 1950 — klasyczna monografia francuskiego przemysłu szklarskiego, w tym początków Saint-Gobain.
  • Paul Hills, Venetian Colour: Marble, Mosaic, Painting and Glass 1250–1550, Yale University Press, New Haven 1999 — o kolorze i szkle w kulturze wizualnej Wenecji.
  • Sheldon Barr, Venetian Glass: Confections in Glass, 1855–1914, Harry N. Abrams, Nowy Jork 1998 — o XIX-wiecznym odrodzeniu Murano, z którego pochodzą dzisiejsze „lustra weneckie”.
Powrót do listy wpisów

Podobne wpisy